TOP NEWS ŻUŻEL

“To był typowy kozak. Dalej w to nie wierzę”

Nie ma już z nami kolejnego kapitana czerwono-czarnego okrętu. W wieku zaledwie 53 lat, odszedł w Wielki Piątek Jacek Gomólski – nie tylko „kozak” na torze, ale i świetny kumpel i żartowniś, słyszymy od jego kolegów. Niemal do ostatniej minuty życia robił to co kochał – był przy motocyklach.

Ciężko cały czas pogodzić się z kolejną stratą jaka dotknęła kilkadziesiąt godzin temu środowisko żużlowe. Ciężko tym bardziej, gdy uświadomimy sobie, że popularny „Jaca” odszedł w momencie, w którym mógł i powinien być skarbnicą wiedzy dla młodszych. Jak wielu z niej skorzystało świadczą choćby dziesiątki wpisów byłych żużlowców, które pojawiły się w mediach społecznościowych. Dla jednych mentor, dla innych idol młodzieńczych lat, dla kilku osób także oddany partner na torze. – Wyjątkowy – słyszymy od Tomasza Fajfera, z którym w 1987 r. (a także zmarłym cztery lata temu w wieku 51 lat, Krzysztofem Wankowskim) zdobył brązowy medal MMPPK. – To nie był tylko kolega z toru, on był niejako częścią rodziny. Znaliśmy się my, znają się nasze dzieci, więc byliśmy jedną wielką żużlową rodziną. Nasza relacja była wyjątkowa i byliśmy ze sobą bardzo blisko. Na torze sobie wzajemnie pomagaliśmy jak bracia, dawaliśmy wzajemne wskazówki, nie było zawiści, tajemnic, bo kiedyś było inaczej. Spotykaliśmy się przed meczem, na meczu, po jego zakończeniu, bo klub tętnił życiem nie tylko przez kilka godzin meczowych. Cieszyliśmy się wspólnie z wygranych, ale też razem przeżywaliśmy porażki. To było coś zupełnie innego niż teraz, gdy każdy przyjeżdża i znika po paru godzinach. Znów odszedł od nas ktoś, kto zabrał ze sobą kawałek naszego żużla. Mam nadzieję, że tam na górze już tworzą nowa drużynę – mówi z dużym smutkiem w głosie.

Nieco krócej na torze z Gomólskim spędził Adam Fajfer. Oni także mieli bliskie relacje i wspólne wspomnienia. Ostatni raz telefonicznie rozmawiali kilka dni temu umawiając się na spotkanie, do którego już nie dojdzie. Dziś zostaną mu w pamięci miłe chwile, których z Jackiem jak mówi, było mnóstwo. – Był wesoły jak mało kto – relacjonuje. – Ale poza torem, bo na nim już nikomu nie odpuszczał. To był taki typowy „kozak”. Nawet jak ktoś próbował pod niego wchodzić, to musiał liczyć się z problemami i niewielu się to udawało. Ciężko mi cały czas o tym myśleć. Gdy otrzymałem w nocy telefon, nie mogłem zmrużyć oka. My się przyjaźniliśmy, nasze dzieciaki się doskonale znają, wielka strata – kończy A.Fajfer.

Jacek Gomólski odszedł w Wielki Piątek wieczorem, pracując do ostatniej chwili przy motocyklach swojego syna, Kacpra. Przygotowywali je do inauguracyjnego meczu w Rybniku, a że po drobnym upadku „Gingera” na treningu sprzęt wymagał nieco większej reanimacji, pracy było dużo. Skończył wcześniej, gdy gorzej się poczuł. Kilka chwil później doszło do najgorszego. Wychodząc z garażu stracił przytomność, której nawet po długiej reanimacji już nie odzyskał… 

Całej rodzinie, bliskim i przyjaciołom składamy raz jeszcze najszczersze kondolencje. Przypomnijmy, że msza pogrzebowa odbędzie się w środę o 11.00 w kościele w Świniarach, natomiast urna z prochami spocznie na cmentarzu w Ułanowie k/Kłecka. 

fot. Z.Stoltman, L.Sikorski

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *