SPORTY WALKI TOP NEWS

Krzysztof Moszyk: “Moim największym sukcesem są moi podopieczni” (wywiad)

W Gnieźnie można bawić się w sport po brazylijsku – tego już od lat dowodzą wszyscy, którzy choć przez chwilę mieli styczność z klubem Capoeira Gniezno. Postanowiliśmy wybrać się do ich siedziby w Gnieźnieńskim Ośrodku Sportu i Rekreacji przy ulicy Błogosławionej Jolenty. Patryk Chyła wziął udział w jednym z treningów tego sportu i porozmawiał z gnieźnieńskim trenerem capoeira, znanym w branży jako Profesor Cajuero – Krzysztofem Moszykiem.

Patryk Chyła, SportoweGniezno.pl: Rozstrzygnijmy to raz na zawsze – capoeira to bardziej taniec czy jednak sztuka walki?

Krzysztof Moszyk, trener Capoeira Gniezno: Capoeira jest zdecydowanie sztuką walki.

PC: Podczas treningu momentami można było odnieść wrażenie, że ma się do czynienia z tańcem, ale w momencie, gdy doszły dźwignie…

KM: Często capoeira jest mylona z tańcem, lecz nie ma to żadnego związku z prawdą. To po prostu sztuka walki, która oryginalnie była zakamuflowana pod pozorem tańca – ciemnoskórzy niewolnicy nie mogli wykonywać żadnych ćwiczeń podnoszących ich sprawność fizyczną. Stąd obecność bardzo ważnych w capoeira instrumentów, które są w tym sporcie bardzo ważne. To może dawać ludziom mylne skojarzenie, prowadzące do wniosku “capoeira to taniec”, podczas gdy jest ona sztuką walki, a do tego skuteczną i niebezpieczną.

PC: Często podczas osiedlowych festynów i innych tego typu wydarzeń widzi się młodych ludzi dających pokazy tego sportu, które budzą w opinii publicznej przeświadczenie tańca. To bardziej buduje stereotyp czy jednak promuje sztukę capoeira?

KM: Wszystko zależy od życzeń klienta. Pokaz jest jedną z naszych usług. Jeśli dzieje się na imprezie, której główną część stanowią ludzie dorośli, to zazwyczaj klient chce, byśmy dali efektowny pokaz walki lub akrobatyki – to też wchodzi w skład capoeira. W sytuacji, w której jesteśmy poproszeni o pokaz na festynie dla dzieci, to bierzemy ze sobą naszych młodszych adeptów wraz z instrumentami. To wygląda “niewinnie”, też efektownie, ale bardziej spokojnie. Trudno jednoznacznie stwierdzić czy te festyny coś dają, lecz po takich występach odzew w naszym kierunku jest spory – część dzieciaków zostaje, nie każdy zostaje i daje radę. Aktualnie trenuje u nas około 70 osób i najbardziej tę rotację widać w grupie dziecięcej. Nie zawsze jest to wina najmłodszych, bo jeżeli rodzic nie poświęci trochę czasu na zaprowadzenie dziecka na zajęcia, to nic z tego nie będzie.

PC: Było trochę o treningach, to może teraz o tym, do czego one tak naprawdę prowadzą. Zawody. Jak w capoeira wygląda podział na kategorie? Wagowo? Wiekowo?

KM: To zależy od organizatora zawodów. Każdy może ustalić własny podział, własne zasady. Na jednych zawodach runda będzie trwała minutę, na innych 45 sekund; na jednych będą dozwolone podcięcia, na innych nie, i tak dalej. Zazwyczaj dzieli się zawodników ze względu na poziom wytrenowania. Są kategorie dla początkujących, zaawansowanych, czyli osób, posiadających wyższe stopnie uczniowskie i dla osób posiadających stopnie instruktorskie – graduado, monitor i intsructor, a na końcu stopnie mistrzowskie – profesor, contra mestre i mestre. W przypadku osób młodszych bierze się też pod uwagę wiek przy ustalaniu kategorii. Waga nie gra roli – do koła może wejść “duży” zawodnik razem z “małym” i każdy z nich może wygrać – liczy się technika. Capoeira jest dla wszystkich i trenować może ją każdy, pod warunkiem, że chce to robić.

PC: A jak to jest z zawodami rangi mistrzowskiej? Wiem, że też na takie jeździcie i odnosicie sukcesy.

KM: Sukcesy były, zarówno w zeszłym roku, jak i dwa lata temu, wtedy nawet większe. Zacznijmy od tego, że to my, tutaj, w Gnieźnie zorganizowaliśmy pierwsze Mistrzostwa Polski. To było w 2015 roku, mimo tego, że w Polsce capoeira istnieje od 20 lat. Dużo? Mało? Trudno stwierdzić, ale jesteśmy bardzo dobrze rozwinięci pod względem poziomu sportowego jak na tyle lat treningów. Jednak właśnie w 2015 postanowiliśmy zaryzykować. Zgromadziliśmy sponsorów, przyjechali zawodnicy nie tylko z Polski, ale też z zagranicy. Pierwszą nagrodą było tysiąc złotych. Niby niedużo, ale dla osób, które przecież z tego nie zarabiają to dużo.

PC: W znacznie bardziej powszechnym sporcie, jakim jest pływanie, główną nagrodą na ogólnopolskich zawodach potrafiło być 200 złotych.

KM: No właśnie. Do tego za drugie miejsce można było otrzymać 500 złotych, a za trzecie – 300 złotych. To przyciągnęło wielu sportowców, a zawody zostały odebrane pozytywnie. Odbiły się szerokim echem w świecie capoeira, wyjeżdżając na różne imprezy, nawet zagraniczne, słyszeliśmy gratulacje za zorganizowanie tego turnieju. To zawsze miła sprawa. Szkoda tylko, że w Gnieźnie było o tym cicho. Szczególnie, że było o czym pisać – zawodnicy z Gniezna zajęli najwyższe lokaty. W najbardziej zaawansowanej kategorii zwyciężył mający wówczas poziom graduado Trosquinho Paweł Moszyk z naszego klubu. Drugie miejsce zajęła zresztą kolejna z naszych zawodniczek, która działa aktualnie jako instruktor capoeira w Szkocji, monitor Joaninha Katarzyna Moszyk. Kolejne mistrzostwa też dobrze wyszły, tam mieliśmy sukcesy w kategoriach początkujących i średniozaawansowanych, a jeśli chodzi o zeszły rok, mieliśmy tak naprawdę tylko trzy wyjazdy. Jednym z nich były zawody dziecięce w Pile, tam wszystkie miejsca na podium zdobyli właśnie nasi juniorzy. Kolejną imprezą była Capoeira Nagô Mundial w Berlinie, gdzie nasze zawodniczki zajęły drugie i trzecie miejsce, a trzeci wyjazd był turniejem capoeira w Budapeszcie, który był naszym wielkim sukcesem. To nie były zawody otwarte, ale dostaliśmy zaproszenie i pojechaliśmy. Do tego miałem tam przyjemność prowadzić wykłady. To był turniej, na który zjechali się zawodnicy z całej Europy, a mimo tej konkurencji na wszystkich stopniach podium w kategorii początkujących stanęli chłopacy z Capoeira Gniezno. Największym sukcesem dla nas było co innego. Na zawodach zdarzyło się pewne nieporozumienie. Pojawił się problem z rejestracją naszej zawodniczki, Oliwii Budzyńskiej, początkowo zgłoszonej do kategorii początkujących. Okazało się, że po wyczytaniu wszystkich uczestniczących w turnieju dziewczyn, Oliwii w tym gronie nie było. Załamała się, popłakała, w końcu to wielki wyjazd, Budapeszt – tam się codziennie nie jeździ. Mimo tego sędziowie, którzy byli na miejscu uznali, że poziom naszej zawodniczki przewyższa swoją kategorię i w zaistniałej sytuacji przenieśli ją do grupy zaawansowanej, mimo, że trenuje tylko dwa lata. W tej kategorii było kilkanaście dziewczyn, w tym dwie zawodniczki z Brazylii, które sztukę capoeira mają we krwi. Oliwia wzięła udział i zajęła trzecie miejsce, pokonując przeciwniczki ćwiczące nawet po 10-12 lat. Ten brąz był naszym największym sukcesem ubiegłego roku.

PC: Wróćmy do tego, jak zawody wyglądają. Ciekawi mnie rozstrzyganie przez sędziów wyników pojedynków, w użyciu jest system punktowy?

KM: Tak, chociaż to też zależy od organizatora. U nas akurat zawody są ocenianie jawnie – sędziowie podnoszą chorągiewkę w kolorze przypisanym do danego zawodnika, co do którego uważają, że był lepszy. Dwie chorągiewki naraz – zazwyczaj używa się niebieskiego i czerwonego – oznaczają remis. Są też zawody, w których punkty przyznawane są jak w boksie, za podcięcia, duszenia i tym podobne.

PC: Trenujesz ten sport od 20 lat, to naprawdę dużo czasu jak na capoeira w Polsce. Jak to się zaczęło?

KM: No to od początku… W skrócie – miałem wtedy 8 lat. Obejrzałem film Only The Strong, opowiadający o przygodach amerykańskiego żołnierza, który po 4 latach w Brazylii wrócił do Stanów i przywiózł ze sobą sztukę capoeira.  Po obejrzeniu tego filmu bardzo chciałem trenować, pociągało mnie to. Tak się złożyło, że w tym samym czasie film obejrzało kilka innych osób, starszych ode mnie, którzy zaczęli trenować. Na początku były to treningi w wynajmowanej w MOKu sali. Nawiązaliśmy przez następne lata kontakt z zawodnikami z innych miast, później zaczęły się wyjazdy międzypaństwowe. Najbliżej były oczywiście Niemcy, dokąd jeździliśmy na różne seminaria – tam capoeira była bardziej rozwinięta. Z biegiem czasu niektórzy “odpadali”, aż w końcu z oryginalnej ekipy zostałem sam. Miałem wtedy 16 lat i byłem jeszcze za młody by móc trenować innych, pomimo zainteresowania. Pomógł mi wtedy mój przyjaciel, Łukasz Robakowski, który pozwolił mi prowadzić treningi pod jego szyldem. Otworzyliśmy pierwszą sekcję, miałem wtedy 17 lat. Później zaczęły się różne wyjazdy – do Stanów, Brazylii… W 2009 roku założyliśmy pierwszą akademię, czyli niezależną salę i tak się tułaliśmy, aż do momentu przyjścia tutaj. Od dwóch lat jesteśmy w GOSiRze i to jest nasza najlepsza siedziba.

PC: Masz rangę profesor. Jak zdobywa się taką rangę? To już poziom wyżej niż rangi instruktorskie, prawda?

KM: Tak. Rangi instruktorskie to odpowiednio instructor, monitor i graduadu, a profesor jest już jedną z rang profesorskich. Z portugalskiego profesor oznacza nie tylko profesora, ale po prostu nauczyciela, kogoś, kto przekazuje wiedzę. Taki stopień można zdobyć po około osiemnastu, czasem dwudziestu przetrenowanych latach, ale każdy przypadek jest brany pod uwagę indywidualnie. Mam też w różnych miastach swoich instruktorów, którzy uczą pod moim nazwiskiem, co jakiś czas jeżdżę do nich, żeby ich skontrolować. Mam też swoje oddziały za granicą, tam też muszę czasem jeździć z wizytami. Tak to wygląda.

PC: Czyli skoro potrzeba co najmniej 18 lat treningów, to zdobyłeś ten stopień niedawno.

KM: Tak, profesorem jestem od niedawna. Dokładniej od dwóch lat… Tak, teraz leci trzeci rok. Zdobyłem go już na tej sali, w październiku 2015.

PC: A co uważasz za swój największy sukces?

KM: Moim największym sukcesem jest to, co mam za plecami, ta cała grupa ludzi, którzy tam trenują, to mój największy sukces. Znam ludzi, którzy przychodzę na salę i mają na zajęciach po dwie-trzy osoby, a ja, jak sam widziałeś, miałem na zajęciach 27 osób. To jest coś, że mamy własny kąt, mamy gdzie trenować, możemy zorganizować warsztaty, bez proszenia miasta o salę. To wszystko kosztuje, a my mamy możliwość zrobienia tego sami. Tak właściwie jest jeszcze jeden, nawet większy sukces. Mam w grupie cztery osoby, które zaczynały ze mną trenować dawno temu, kiedy miały jeszcze po jakieś siedem lat. Dzisiaj to są dorosłe dziewczyny, które mają już swoje rodziny i dalej trenują. To jest dla mnie największy sukces. No, jest też moje rodzeństwo, o którym wspominałem – Paweł, pomagający mi w treningach, prowadzący też grupę w Suchym Lesie, Kasia, ucząca dzieciaki w Szkocji, a także trenująca z nami moja mama. Cieszę się, że mogę tu uczyć innych, bo capoeira rozwija nie tylko ciało, ale także i ducha.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *